Nazwę „Czarnobyl” zna chyba każdy i każdemu kojarzy się z największą w historii katastrofą energetyki jądrowej. Z chorobą popromienną, nowotworami, dwugłowymi psami i wyludnionymi miastami. Z wielką chmurą radioaktywną, rozprzestrzeniającą się nad Europą oraz chorobami tarczycy. Tylko niektórym Czarnobyl kojarzy się z miejscem ekscytującym, nie do końca zbadanym, jedynym w swoim rodzaju. I pomimo zakorzenionego gdzieś głęboko strachu przed „Zoną”, decydują się na wyprawę do tego osnutego legendą, wyludnionego i zapomnianego przez Boga miejsca.

O pobycie w Czarnobylu myśleliśmy już od kilku lat – od dnia, kiedy dowiedzieliśmy się, że jest to w ogóle możliwe. Kiedy organizowaliśmy podróż do Kijowa, oboje wiedzieliśmy, że nie wrócimy stamtąd nie zwiedziwszy Zony.

Zbieramy się o 8 rano pod Hotelem Kozackim, zaraz przy Majdanie. Po szybkim spisaniu danych paszportowych, ruszamy 16-osobowym busem, a wraz z nami Portugalczycy, Brytyjczycy (ci na kacu po wczorajszym Finale Ligii Mistrzów), Nowozelandczycy, jakiś zabłąkany Japończyk i paru innych ludzi, których nacji nie rozpoznajemy. Za kierownicą siedzi nasz przewodnik – Igor.

Czołg na wjeździe do zony

Sklepik z pamiątkami

Pierwszy przystanek – kontrola paszportowa na wjeździe do zony. Żołnierz sprawdza listę uczestników wycieczki i aktualność naszej wizy. Tuż przy drodze ustawiono mały barak z pamiątkami – koszulkami, breloczkami, otwieraczami do piwa, maskami gazowymi.

Za pierwszym punktem kontrolnym mieszkają ludzie – ok. 4 tys. osób pracujących w systemie zmianowym (15-dniowym) przy porządkowaniu całego zamkniętego w wyniku katastrofy obszaru.

Przed wybuchem w elektrowni (26 kwietnia 1986 roku) tereny te zamieszkiwało około 350 tysięcy ludzi, których w ciągu kilku dni trzeba było ewakuować. Wróciło z nich zaledwie stu – po otrzymaniu specjalnych pozwoleń na zasiedlenie oraz podpisaniu dokumentów, w których brali pełną odpowiedzialność za ewentualny uszczerbek na zdrowiu. Wracali też szabrownicy, których zawsze jest pełno przy tego typu akcjach. Nie straszne im promieniowanie – złupili wszystko, co było cokolwiek warte, a co pozostawili po sobie uciekający w pośpiechu ludzie.

Zatrzymujemy się na chwilę w miejscowości Czarnobyl, gdzie znajduje się park poświęcony ofiarom katastrofy. W sporej stołówce otrzymujemy też smaczny obiad, który został wliczony w cenę wycieczki.

Rzeźba anioła w Parku Pamięci

Alejka tabliczek z nazwami miejscowości opuszczonych po katastrofie

Pokonujemy drugi punkt kontrolny – za nim nie ma prawa mieszkać nikt. Z drogi widzimy w oddali nową, lśniącą osłonę reaktora, nazwaną „arką”. Poprzednią ochronę – betonową, zwaną „sarkofagiem” – zbudowano naprędce z betonu, krótko po wybuchu w 1986 roku. Z powodu jej szybkiego niszczenia władze ukraińskie wystosowały prośbę o pomoc do Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Dach sarkofagu groził zawaleniem, a to z kolei powtórką z rozrywki, gdyż pod starą, betonową pokrywą nadal znajduje się rdzeń radioaktywny elektrowni, który wytwarza promieniowanie. „Arka” kosztowała 1,5 mld euro, na które zrzuciło się około 40 państw. Osłona ma 257 m szerokości, 162 m długości i 108 m wysokości (mniej-więcej tyle, co 30-piętrowy blok). Czas jej trwałości ocenia się na około 100 lat, a w jej wnętrzu umieszczono zdalnie sterowane roboty, których zadaniem jest rozłożenie starego reaktora i uprzątnięcie wszystkich promieniotwórczych pozostałości.

Pomnik pamięci strażaków, którzy prowadzili akcję ratunkową na terenie elektrowni

– Te drzewa, które teraz mijamy to Red Forest – „Czerwony Las” – najbliżej położone elektrowni drzewa, które po eksplozji przyjęły na siebie największą dawkę promieniowania. Wiele z nich uschło i przybrało czerwonawy kolor. – opowiada Igor – Patrzcie na wskazania dozymetru. Na większości obszaru zony wskazuje on 0,2 – 1,0 mikrosiwertów, a teraz…

W miarę, gdy zagłębialiśmy się w Red Forest licznik na dozymetrze wskazywał kolejno: 4, 8, 12, 18, gdy przekroczył 24 zaczął niebezpiecznie piszczeć. Wszyscy zrobiliśmy wielkie oczy.

Ogólnie promieniowanie na terenie zony wynosi maksymalnie 1-2 mikrosiwerty. To nawet mniej, niż dopuszczalne normy (przy czym np. w takim Szanghaju jest to ok. 20 mikrosiwertów). Tylko w niektórych miejscach, gdy dozymetr przyłoży się do gruntu, wskaźnik pokazuje wartość 12-20.

10 mikrosiwertów to dawka promieniowania naturalnego, którą przeciętny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Liczy się, że osoba przebywająca na terenie Czarnobyla (w pobliżu samej elektrowni, nie w mieście Prypeć) przez godzinę przyjmuje około 6 tys. mikrosiwertów, czyli mniej-więcej tyle, ile w trakcie robienia tomografii klatki piersiowej. Dawka, która jest w stanie wywołać chorobę popromienną, to 400 tys. mikrosiwertów, ale pod warunkiem, że została ona przyjęta w krótkim czasie.

Wchodzimy do lasu…

Tak więc możemy spokojnie ruszać dalej. Dojeżdżamy w końcu do miasta Prypeć. Przed podróżą wyobrażaliśmy sobie tutaj sceny jak z filmów postapokaliptycznych – wyludnione, szerokie ulice, ogromne, puste tereny z licznymi, opuszczonymi budynkami. Tymczasem Prypeć to obecnie wielki las, a żeby dostać się do budowli, trzeba trochę poprzedzierać się między drzewami. Nierzadko spotyka się tu małe ssaki, całe chmary komarów oraz lisy.

Z Igorem weszliśmy najpierw do zdewastowanego przedszkola, z przerażającymi, zniszczonymi laleczkami siedzącymi na metalowych ramach łóżek. Dalej wdrapaliśmy się na dach 16-piętrowego bloku, by stamtąd podziwiać panoramę miasta-lasu. Zwiedziliśmy też budynek szkoły, gdzie na podłodze leżała sterta masek przeciwgazowych – każde dziecko musiało w ZSRR umieć korzystać z maski oraz złożyć samodzielnie mały karabin – następnie przeszliśmy się na salę gimnastyczną, basen, do (nie)wesołego miasteczka oraz ośrodka wypoczynkowego nad rzeką.

Creepy przedszkole

Pozostałości po bibliotece

Janusz by tu na pewno nie zasnął…

Detale

Zdjęcie z cyklu „Grażyna patrzy na rzeczy” – panorama Prypeci oraz elektrowni w Czarnobylu

Piesek wszedł na szesnaste piętro, ale niestety nie wiedział, jak z niego wrócić…

Tu czas się zatrzymał

Witamy w szkole

Klasa do matematyki

Korytarze szkolne

Sala gimnastyczna

Opuszczony basen

(Nie)wesołe miasteczko

Te samochodziki już daleko nie pojadą

Na mieście

Po opuszczeniu Prypeci wybieramy się do położonej niedaleko, a widocznej już z odległości kilkunastu kilometrów, ogromnej instalacji, nazwanej „Duga” – radzieckiego radaru, zwanego też „Okiem Moskwy” oraz „rosyjskim dzięciołem”. Projekt powstał w czasach Zimnej Wojny i miał za zadanie wykrywać rakiety wroga. Moc radaru był tak wielka, że zakłócała odbiór programów telewizyjnych i radiowych. Oczywiście powstało wokół niego mnóstwo legend – byli tacy, którzy uważali, że Duga ma moc wpływania na zmianę pogody, a nawet na ludzkie umysły.

W zasadzie Duga to zespół dwóch anten – jedna z nich ma 12 masztów i wysokość 90 metrów, a większa 150 m. Ich całkowita długość to 900 metrów. Koszt ich budowy szacuje się na 0,5-1,5 mld dolarów. Istnieją podejrzenia, że elektrownia w Czarnobylu została zbudowana na potrzeby zasilania Dugi. Radar wyłączono tuż po katastrofie w elektrowni, by ochronić elektronikę przed ewentualnym uszkodzeniem. Do dziś wyłączony „rosyjski dzięcioł” stanowi poradziecką pamiątkę, budzącą w oglądających go jednocześnie uczucie zachwytu oraz strachu.

Rosyjski dzięcioł

Kupa żelastwa

Idealnie symetryczne instalacje Dugi

Na sam koniec udaliśmy się na teren samej elektrowni. Oczywiście oglądaliśmy ją z bezpiecznej odległości za ogrodzeniem, podziwiając jej nową, lśniącą w słońcu „arkę”. Przydreptał też do nas mały, wychudzony lisek, najwidoczniej przyzwyczajony do turystów.

Pomnik pamięci katastrofy oraz widoczna w tle Arka

Chodzi lisek koło drogi…

W drodze powrotnej czekały na nas jeszcze dwa punkty kontrolne, gdzie sprawdzano w specjalnych urządzeniach stopień napromieniowania naszych ciał – na szczęście nie stwierdzono zagrożenia dla zdrowia i życia, więc wojskowi spokojnie wypuścili nas z powrotem do Kijowa.

Informacje praktyczne:

Dostanie się na własną rękę do zony jest praktycznie niemożliwe. Wymaga to załatwiania licznych spraw papierkowych, zdobycia odpowiednich przepustek i zezwoleń (chyba, że chce się to zrobić nielegalnie, najlepiej z jakimś znajomym Ukraińcem – nie polecamy tej opcji). Poza tym dojazd z Kijowa również byłby skomplikowany – nie kursują tam żadne regularne marszrutki.

Na terenie Kijowa działa kilka biur podróży oferujących wyprawy do Czarnobyla (jedno- lub kilkudniowe). Programy wycieczek oraz ceny są do siebie zbliżone. My skorzystaliśmy z usług SoloEast Travel (https://www.tourkiev.com). Jednodniowa wycieczka kosztowała 79$ za osobę, a cena obejmowała podróż w dwie strony, wstęp do zony z przewodnikiem (w języku angielskim), obiad oraz ubezpieczenie. Możemy z czystym sumieniem polecić Wam to biuro.