Do Kōyasan udajemy się bezpośrednio z lotniska Kansai w Osace. Jako ciekawostkę dodamy, że to największe na świecie lotnisko wzniesione na sztucznej wyspie, którą z lądem łączy najdłuższy na świecie most dwukondygnacyjny (3,7 km). Polecamy przyjrzeć się położeniu tego lotniska na google maps.

Zaraz po przylocie i przejściu procedur wizowych (na lotnisku wypełniamy dwa krótkie kwitki i darmowa 90-dniowa wiza ląduje w paszporcie, formalność) wymieniamy wykupione wcześniej on-line vouchery na bilety „Kansai Thru Pass”. Dzięki nim przez trzy dni będziemy mogli poruszać się wybranymi pociągami, autobusami i metrem w regionie Kansai bez limitu. Pociągami, z przesiadką na stacji Tengachaya, docieramy do miejscowości Hashimoto. Ostatni etap to jazda starym autobusem, bez klimatyzacji i profilowanych siedzeń. Pomyślałby kto, że w Japonii, kraju nowoczesnych technologii, będziemy się tłukli takim wehikułem czasu. Wkrótce przekonujemy się, dlaczego nasz autobus jest krótszy i węższy od standardowego PKS-u – musi mieścić się na wąskich, krętych drogach biegnących przez góry. Mało tego – musi zostać po nim jeszcze tyle miejsca, by obok przecisnął się jakiś nieduży Nissan albo Toyota. Przez dwie godziny kluczymy asfaltową serpentyną, to przyklejając się do ścian skalnych, to znowu lawirując nad przepaścią przy metalowej barierce, przy każdym zakręcie czując kolejny zastrzyk adrenaliny.

Do Kōya-san (tłumaczone jako „Góra Kōya”) docieramy przed południem. Po wyjściu z naszego wehikułu od razu czujemy górski klimat – powietrze jest dużo chłodniejsze i czystsze od tego, które wdychaliśmy na dole. Gdzieniegdzie zalegają jeszcze pojedyncze zaspy śniegu i nie ma się co dziwić – w końcu znajdujemy się ponad 800 m nad poziomem morza. Zarzucamy plecaki na ramiona i ruszamy pieszo, z mapką w dłoni, na poszukiwania świątyni Zofukuin, gdzie mamy spędzić noc.

W całej wiosce wybudowano około stu świątyń buddyjskich i klasztorów, a z 3500 mieszkańców aż tysiąc to mnisi. Na ulicach panuje kompletna pustka, tylko co kilka minut przejeżdża zabłąkany samochód lub spaceruje turysta z aparatem na szyi. Cisza, spokój, rześkie, górskie powietrze i zabytkowe, drewniane świątynie. Można zapomnieć o całym świecie, zresetować umysł i napawać się tym wszystkim do woli.

Wejście na teren jednego z klasztorów

Po kilkunastu minutach dochodzimy do drewnianych wrót naszej świątyni i wkraczamy na kamienny dziedziniec. Przed drzwiami wejściowymi trzeba pokonać szeroki podest. Nie widać żadnego dzwonka, ani choćby kołatki, a same drzwi wydają się być zamknięte na cztery spusty. Co ciekawe, jest za to kamera monitorująca podwórko. Kręcimy się w kółko zastanawiając się jak sforsować wejście i nie zrobić przy tym zbytnio bałaganu. Na szczęście po paru chwilach drzwi rozsuwają się i staje w nich niewysoki, łysy mnich w czarnym kimono i klapeczkach. Łamaną angielszczyzną nakazuje nam zdjąć buty i założyć skórzane klapki, które już czekają na drewnianym podeście przed drzwiami gotowe do użytku. Nasze buty zostawiamy na półce obok, na wolnym powietrzu. Temperatura wynosi jakieś -2°C i niewiele wyższa panowała we wnętrzu butów, gdy je potem zakładaliśmy.

W klapkach ruszamy za mnichem po podłodze z drewnianych desek. Ten prowadzi nas do biura, gdzie przy niskim stole siedzi jego przełożony – taki mnich-księgowy, który zapisuje w opasłych księgach co, gdzie i za ile. Przed przekroczeniem progu pomieszczenia należy klapki zdjąć, jak pokazuje nam na migi nasz przewodnik. Do środka wchodzimy na boso, zostawiając klapki przed wejściem. Świetne rozwiązanie jeśli chodzi o zachowanie czystości. Gorzej, że od podwórka do kolejnych pomieszczeń co chwila zakładasz, zdejmujesz, zmieniasz i gdzieś zostawiasz obuwie.

Po dokonaniu formalności związanych z naszym noclegiem przechodzimy korytarzem (w klapkach) do naszego pokoju (gdzie klapki znowu należy zdjąć). Korytarze nie są ogrzewane – w ich wnętrzu panuje dokładnie taka temperatura jak na wolnym powietrzu, tym bardziej, że drzwi i okna zamiast szkłem wypełnione są… papierem. Mnich-przewodnik otwiera nam drzwi naszego pokoju: „Tu śpicie” – rozsuwa drewniano-papierowe drzwi – „Tu obok jest toaleta, a na końcu korytarza łazienka. Łazienka będzie czynna od godziny 18.” – informuje krótko i zwięźle, po czym zostawia nas samopas. Zapomnieliśmy zapytać czy do toalety też trzeba zdejmować klapki, ale nasz problem sam się rozwiązuje gdy stwierdzamy, że tam również nie ma ogrzewania i podłoga jest zimna jak podest przed wejściem do świątyni. Natomiast pokój wydaje się miłą odmianą przy całej tej mroźnej scenerii. W kącie postawiono grzejnik elektryczny, dzięki któremu temperatura jest idealnie pokojowa (20-22 stopnie). Mamy także dwa materace (tradycyjne japońskie futony) z rozłożoną pościelą, niski stolik i matę do siedzenia w kucki. Tylko tyle i aż tyle – dla nas w sam raz. Co prawda toaleta nie załapała się na system grzewczy, za to ma kilka innych bajerów – na dołączonym do niej pilociku możemy wybrać m.in. podmycie, zraszanie, podgrzanie deski, włączenie wybranej muzyki i kilka równie interesujących dodatków.

Zostawiamy w pokoju nasze bagaże i ruszamy na zwiedzanie osady Kōyasan.

Wioska ma swoje początki w IX wieku, kiedy to mnich buddyjski imieniem Kōbō Daishi (znany też jako Kūkai) założył tu pierwszy klasztor i zaczął głosić nauki szkoły Shingan (sekty buddyjskiej na nauce mantry). Dziś znajdziemy tu około stu świątyń i klasztorów, a wśród nich największe – Kongobuji i Danjo Garan, które zwiedziliśmy podczas spaceru po wiosce.

Brama wejściowa świątyni Danjo Garan

Budynki na terenie kompleksu świątynnego Danjo Garan

Jednakże tym, co przyciąga na górę Kōya rzesze turystów oraz pielgrzymów jest Okunion – ogromny cmentarz, którego aleje, ciągnące się kilka kilometrów, prowadzą do mauzoleum Kōbō Daishi. Japończycy wierzą, że wielki mistrz wcale nie umarł, lecz jedynie pogrążył się w medytacji, dlatego też dwukrotnie w ciągu dnia mnisi przynoszą mu świeży posiłek, w oczekiwaniu na jego przebudzenie.

Z drogi asfaltowej biegnącej przez osadę wkraczamy na wąską ścieżkę prowadzącą przez Okunion. Nekropolia robi na nas ogromne wrażenie – kamienne nagrobki i monumentalne grobowce rozsiane po ogromnym terenie powciskano między wysokie, smukłe drzewa porośnięte mchem. Spędziliśmy około dwóch godzin przechadzając się wśród alejek. Według buddystów cmentarz podlega ochronie samego Kūkai i każdy, kto na nim spoczywa, ma zapewnione ponowne życie.

Grobowce w Okunion

Naszą uwagę przykuwają liczne figurki Jizō – jednego z ulubionych japońskich bóstw. Jizō przedstawiany jest zawsze jako łysy, uśmiechnięty mnich – patron podróżnych, noworodków i dzieci nienarodzonych. Jest też patronem dzieci poddanych aborcji oraz urodzonych, martwych dzieci. Według wierzeń pomaga on dziecięcym duszom wydostać się z otchłani i powrócić na ziemię dzięki reinkarnacji. Często kobiety, które poddały się aborcji, kupują figurki Jizō, ofiarowując mu szaty (pelerynkę lub czapkę), które zmienia się w każdą rocznicę zabiegu. Przy świątyniach buddyjskich spotyka się tysiące takich figurek. W Okunionie towarzyszyły nam przez całą wędrówkę.

Figurki bóstwa Jizo

Spacer przez Okunion

Na samym końcu ścieżki przechodzimy przez kamienny mostek, na którym ustawiono tablicę informacyjną – „Wchodzisz na świętą ziemię do mauzoleum Mistrza Kūkai. Zachowaj ciszę. Nie rób zdjęć”. Wtedy jeszcze nie wiemy, że zakaz robienia zdjęć będzie nam częściej towarzyszył. Postanawiamy uszanować to miejsce, więc chowamy aparat do torby i chłoniemy wszystko własnymi zmysłami. Na długo przed wejściem do mauzoleum czuć zapalone kadzidła i słychać śpiew ptaków żyjących w koronach drzew. Rozsuwamy drewniane drzwi wejściowe do budynku – w jego wnętrzu spotykamy kilku pracujących przy porządkach mnichów. Serce mauzoleum zamknięte jest dla niewiernych. Przez czerwone kraty odgradzające nas od szczątków doczesnych Kūkai widać ołtarzyk, pojedyncze świece i kadzidła – wszystko zatopione w półmroku. Nieliczni Japończycy odwiedzający grobowiec zatrzymują się przed kratą, składają dłonie do modlitwy, kłaniają się lekko kilkukrotnie i zapalają świeże kadzidła.

Znowu Okunion

Posążki Buddy i Jizo przed mauzoleum

Droga powrotna na nocleg mija nam szybko. Zmęczeni i zziębnięci postanawiamy skorzystać z łazienki. Na niskim stoliku w pokoju znajdujemy całą wydrukowaną książeczkę – przewodnik pod tytułem :”Jak zachować się w świątyni”, w tym połowę miejsca zajął opis (z rysunkami) „Jak zachować się w łaźni” (szczegóły znajdziecie tutaj). Wymoczyliśmy nasze zmarznięte ciała w gorącej wodzie w sento i poszliśmy spać.

O 6.30 rano zaczynają się poranne modlitwy w klasztorze. Przy drzwiach naszego pokoju czekał przed świtem mnich-przewodnik, który poprowadził nas i pozostałą trójkę turystów do Sali Świątynnej. Temperatura na korytarzach i w świątyni oscylowała w okolicach 0 stopni. Mnich nakazał nam usiąść w kucki na dywaniku, kilka metrów przed głównym ołtarzem. Po trzech stronach dywanika ustawiono trzy identyczne piecyki, które przyjemnie grzały nas w plecy i ramiona. Siedzieliśmy zupełnie cicho w ciemności, patrząc jak zaczarowani na ołtarz przed nami oraz otaczających go buddyjskich mnichów, słuchając klekotania czapli z zewnątrz. Jedynym oświetlonym punktem w świątyni była część główna ołtarza z posągiem bóstwa, któremu została poświęcona.

Ołtarz w świątyni Zofukuin (naszym noclegu)

Zaczynają się poranne modły. Mnich w płaszczu z kapturem zwrócony ku obliczu bóstwa (a plecami do nas) inkantuje sutry. Po chwili dołącza do niego cała reszta zgromadzonych mnichów. Jak dowiadujemy się później, modlą się za nas, za nasze szczęście i bezpieczną podróż. Miło z ich strony.

Po nabożeństwie zaproszono nas na śniadanie. W niewielkiej sali, na niskich stolikach, przygotowano dla nas w kilku miseczkach ryż, warzywa, zupę miso i herbatę. Jak dla nas – posiłek jest trochę za ciężki jak na siódmą rano, ale walczymy dzielnie, trenując trudną sztukę jedzenia pałeczkami.

Po śniadaniu pakujemy plecaki, dziękujemy grzecznie łysemu mnichowi, który kilka razy kłania nam się nisko z przyklejonym do twarzy uśmiechem, po czym ruszamy w dalszą drogę.