Według danych z końca 2016 roku Szanghaj jest trzecim największym miastem świata (po Tokio i Delhi), z zawrotną liczbą 24 milionów mieszkańców. To dużo. Dla porównania nasza rodzima Warszawka może się poszczycić 1,7 mln ludzi.

„Paryż Wschodu” mówią. „Ladacznica Orientu” mówią. Jakie naprawdę jest to miasto zawrotnych karier i brudnych interesów, rosnących jak grzyby po deszczu drapaczy chmur, walczących o miano najwyższych na świecie? Jak odnaleźć się w tłumie 24 milionów Chińczyków? Jak poruszać się po dżungli miejskiej i nie zginąć?

Oto kilka najważniejszych (według Januszy) rzeczy, o których powinieneś wiedzieć, zanim wyruszysz na podbój Szanghaju:

1. Wiza

Obywatele polscy udający się do Chin muszą mieć ważną wizę pobytową lub tranzytową (przesiadkową). Osoby oczekujące na lotnisku na międzynarodowe połączenia lotnicze nie dłużej niż 24 godziny, mogą opuścić lotnisko na podstawie krótkotrwałego zezwolenia uzyskiwanego bezpośrednio przy odprawie paszportowej.

Odrębne regulacje dotyczą podróżujących tranzytem przez największe chińskie lotniska, gdzie władze wydłużyły okres ważności zezwolenia na tranzyt do 72 lub 144 godzin (jednak bez prawa opuszczania obszaru administracyjnego danego miasta). Lista miast jest stale rozszerzana, zwłaszcza o miejscowości turystyczne i centra biznesowe.

Na lotnisku Pudong w Szanghaju możemy postarać się o bezpłatne 144-godzinne zezwolenie na pobyt. Wypełniamy biało-niebieski druczek dostępny przed okienkiem z kontrolą paszportową i ustawiamy się w kolejce do pogranicznika. Nam całość zajęła kilkanaście minut – kolejka nie była długa. Poza paszportem, konieczne jest udokumentowanie dalszej podróży (wystarczy wydruk rezerwacji na lot tranzytowy, czyli z Chin do innego kraju, niż ten z którego przylecieliśmy).

144 godziny liczone są od następnego dnia wjazdu na teren ChRL. Przykładowo, jeżeli przylot następuje w piątek po południu, 6 dni liczone jest dopiero od soboty.

2. Przemieszczanie się po mieście

Generalnie najlepszą opcją na poruszanie się po mieście wydaje się być metro oraz własne nogi. Większość atrakcji turystycznych położona jest w odległości do kilku kilometrów od siebie, stąd, by poznać miasto, najlepiej po nim po prostu pospacerować.

Metro natomiast jest nam niezbędne do transportu przez rzekę Huangpu, gdyż na długości kilkunastu kilometrów nie ma żadnego mostu łączącego Pudong (dzielnicę wieżowców) z resztą miasta. Na drugą stronę rzeki przeprawimy się tylko dzięki tunelom podziemnym, przez które kursuje metro.

W oczekiwaniu na pociąg metra

Sieć połączeń metra jest dobrze rozbudowana, a przy tym jasna i przejrzysta – nietrudno dostać się z jednego końca miasta na drugi. Na wszystkich mapach i rozkładach jazdy tuż pod napisami po mandaryńsku znajdują się tłumaczenia w języku angielskim.

Naszą przygodę z metrem rozpoczynamy już na lotnisku Szanghaj-Pudong, skąd za jedyne 6 juanów (ok. 3 zł) dojedziemy zieloną linią nr 2 do centrum miasta. Pojedynczy bilet na każdą inną trasę (niezależnie od liczby przystanków i przesiadek z linii na linię) to jedyne 3 juany (ok 1,5 zł). Nic tylko wsiąść i jechać.

Plan szanghajskiego metra

3. Język

Znajomość języka angielskiego wśród mieszkańców Szanghaju może nie powala na kolana, ale jeśli chodzi o hostel, czy punkty informacji turystycznej, to nie ma większego problemu, żeby się jakoś dogadać. Ulice zawsze podpisane są językiem ojczystym oraz angielskim, tak samo jak stacje metra.

Randomowy kitajec zapoznaje się z planem Pudongu

W restauracjach bywa, że podadzą przybyszowi specjalne menu po angielsku, ale po pierwsze nazwy dań i tak są tylko fonetycznym tłumaczeniem nazw chińskich (czyli niewiele nam mówią), po drugie jest dość ubogie i nie zawsze zawiera kompletną listę dostępnych dań.

4. Tłum

W tłumie Chińczycy zachowują się jak bydło. Bezmyślne, prące przed siebie bydło. Co prawda w mieście nie ma aż tyle okazji, by znaleźć się w kłębowisku Chińczyków, ale jeśli już na takowe trafisz, jesteś zmuszony wręcz stosować międzynarodowe, powszechnie znane sposoby na przetrwanie, używając w tym celu łokci i ramion.

Jedną z najgorszych rzeczy, jaka może Ci się przytrafić w Szanghaju, to tłum Chińczyków w deszczu. Wszyscy skośnoocy otwierają swoje plastikowe parasole za kilka juanów (mimo, że mają na sobie kurtki przeciwdeszczowe z kapturem) i nie zważają na najbliższe otoczenie. Walą nimi na prawo i lewo – po głowach, oczach, ramionach, zupełnie beztrosko, bez poczucia winy i wyrzutów sumienia. Ważne, że moja głowa jest sucha, a że przy okazji wykolę komuś oko? Cóż, to już nie mój problem…

Wsiadacie czasem w Polsce do autobusu czy tramwaju i obserwujecie jak mała, wysuszona, ledwo drepcząca starowinka biegiem pokonuje odległość do najbliższego siedziska by je zająć? Wyobraźcie sobie, że w Szanghaju robią tak wszyscy. Przy otwarciu drzwi do metra Chińczycy zamieniają się w szalone stado, które wszelkim sposobem próbuje zdobyć miejsce do siedzenia, jakby od tego zależało czyjeś życie. Co prawda nie dochodzi przy tym do rękoczynów, ani wyzwisk, ale widok wpadających w popłochu do przedziału kilkudziesięciu ludzi, którzy desperacko szukają dla siebie siedziska jest po prostu przekomiczny i żenujący. O ile nie tratują Cię przy okazji po drodze. Po zajęciu strategicznych miejsc nastaje cisza i spokój. Wszyscy zachowują się jakby nigdy nic i jadą metrem jak zwykli, cywilizowani ludzie.

5. Bezpieczeństwo

W Szanghaju spacerowaliśmy zarówno po głównych, ruchliwych arteriach, jak i ciasnych, zagraconych, brudnych uliczkach, w świetle dnia i ciemnościach nocy. Przez cały czas czuliśmy się zupełnie bezpiecznie (no, może z wyjątkiem opisanych już wędrówek w deszczu, ale to zupełnie inna sytuacja). Nikt nas nie zaczepiał, nikt niczego od nas nie chciał.

Czasem tylko zwracano na nas uwagę, bo byliśmy „obcy”. Małe dzieci bez żenady wpatrywały się w nasze okrągłe oczy i pokazywały nas mamom palcami. Raz w sklepie jakaś babka robiła nam zdjęcie telefonem, kompletnie się z tym nie kryjąc. Nawet pokazała nam potem jak wyszliśmy, unosząc przy tym w górę kciuk i uśmiechając się triumfalnie. Niemniej był to rodzaj zainteresowania zupełnie niewinnego i wynikającego ze zwykłej, ludzkiej ciekawości.

Podczas całego naszego pobytu nie trafiliśmy na żadnych meneli, pijaków czy bezdomnych, za to w mieście aż roiło się od policjantów. Wystawali na ulicach, pilnując porządku i kierowali ruchem na skrzyżowaniach ze sprawnie działającą sygnalizacją świetlną. Nawet jeśli ktoś wtargnął na czerwonym na przejście dla pieszych, policjant nawet na niego nie spojrzał, chyba, że akurat zbliżał się w jego stronę rozpędzony samochód. Wtedy funkcjonariusz dawał znać krótkim gwizdnięciem, że w tej chwili przejście na drugą stronę nie jest najlepszym pomysłem.

6. Zanieczyszczenie powietrza

W miesiącach zimowych widać wyraźnie smog nad miastem. Nikną w nim najwyższe piętra i wierzchołki drapaczy chmur, a niebo ma smutny, szary kolor. Podczas kilkudniowego pobytu jesteś w stanie znieść wdychanie ciężkiego, brudnego powietrza, ale nie wyobrażamy sobie żyć tam na stałe.

7. Internet

Dostęp do internetu w Chinach jest. Bez problemu znajdziemy wi-fi na lotnisku, w knajpach oraz hostelu, więc poserfujemy po sieci, o ile… nie korzystamy przy tym z usług Google, Facebooka czy Instagrama. Wszystkie te strony oficjalnie w Chinach… nie istnieją, są niedostępne. Zawdzięczamy to oczywiście cenzurze i związanym z nią „Golden Shield Project”. Dla Chińczyków taki stan rzeczy nie stanowi większego problemu. Korzystają ze swoich smartfonów gdzie tylko się da. Większość światowych portali i wyszukiwarek ma swoje lokalne odmiany. Popularna jest m.in. aplikacja WeChat, czyli komunikator z możliwością udostępniania zdjęć i statusów.

Władze Państwa Środka mają niełatwy orzech do zgryzienia – z jednej strony chcą całkowitej kontroli swoich obywateli, z drugiej nie mogą kompletnie odciąć ich od dostępu do narzędzi, z których korzysta cała reszta świata, zabierając im tym samym złudzenie wolności i nieograniczonego dostępu do informacji.

8. Chiński Nowy Rok (dosłownie – Święto Wiosny)

Podróż do Szanghaju w trakcie trwania obchodów Chińskiego Nowego Roku to wbrew pozorom nie jest fantastyczny pomysł. W tym roku świętowanie rozpoczęło się 16 lutego. My wylądowaliśmy w Szanghaju trzy dni później.

Od zarania dziejów Nowy Rok to najważniejsze święto tradycyjnego kalendarza chińskiego, trwa piętnaście dni, z czego pierwsze trzy są dniami wolnymi od pracy. Najważniejsza w czasie obchodów jest Wigilia Nowego Roku – mniej-więcej tak uroczysta i pełna tradycji jak Wigilia Bożego Narodzenia w Polsce. Dzień ten spędza się w gronie rodzinnym, więc każdego roku miliony Chińczyków ruszają w tym czasie w podróż do domu. Na dworcach i lotniskach panuje totalne oblężenie. Biednemu, nieświadomemu niczego Białasowi trudno odnaleźć się w tym chaosie.

Festiwal kiczu, czyli Chiński Nowy Rok

16 lutego rozpoczął się rok psa. W związku z tym w całym mieście powystawiano i porozwieszano przeróżne ozdoby związane z tym zwierzęciem – plakaty, figurki, dmuchane statuy i kolorowe, plastikowe zawieszki – istny festiwal kiczu i tandety.

Największym dla nas problemem okazało się zwiedzenie Kwartału Chińskiego w Szanghaju – tłumy Chińczyków paradowały po ulicach, oblegając tradycyjne jadłodajnie, atrakcje turystyczne i sklepy z pamiątkami. Ludzie oczywiście swoim zwyczajem łazili nie zwracając kompletnie uwagi na swoje otoczenie. Deptali po butach, kłuli parasolami, popychali ramionami. Przejście przez słynny Zygzakowaty Most było koszmarem. Kręta kolejka do wejścia ciągnęła się na kilkaset metrów, wijąc się między starymi budynkami i nikt nie potrafił dokładnie wskazać jej końca. Gdy już dotarło się do głównej atrakcji była ona praktycznie niewidoczna, a człowiek pchany bezwiednie przez tłum przedreptywał przy barierce mostu kilkadziesiąt metrów, dziękując Bogu, że to już po wszystkim.

Zatem jeśli chcecie wiedzieć, czy warto świętować Chiński Nowy Rok w Szanghaju, odpowiadamy bez namysłu – Panie Boże, broń!

 

To chyba tyle z najważniejszych informacji o mieście i jego klimacie. Już wkrótce spodziewajcie się wpisu o najciekawszych atrakcjach Szanghaju, które koniecznie trzeba zobaczyć podczas pobytu w „Paryżu Wschodu”.

Kip in tacz!